Filmowa przygoda Zbigniewa Masternaka

ZBIGNIEW MASTERNAK O PRZYGOTOWANIACH DO FILMU „KSIĘSTWO” ANDRZEJA BARAŃSKIEGO

Któregoś kwietnia 2002 roku (byłem wtedy studentem pierwszego roku polonistyki Uniwersytetu Wrocławskiego - po nieudanych studiach prawniczych w Lublinie) zadzwoniła do mnie matka, że napisał do mnie, pod Święty Krzyż,  jakiś reżyser z Warszawy, który jest zainteresowany moimi opowiadaniami drukowanymi w piśmie „Regiony”. I pyta, czy nie mam czegoś jeszcze, bo chciałby zrobić z tego przedstawienie dla Teatru Telewizji. Zapytałem matkę, czy aby się nie pomyliła, i czy na pewno chodzi o reżysera, a nie kolejnego redaktora, który chce mi zaproponować publikację tekstów w swoim piśmie. Matka upierała się, że to reżyser. Podała mi do niego telefon i adres.

Muszę przyznać, że wówczas kompletnie nie kojarzyłem twórczości Andrzeja Barańskiego. To znaczy – jak się potem okazało, obejrzałem parę filmów (m.in. „Nad rzeką, której nie ma”), ale bez świadomości, kto ten film reżyserował. Interesowałem się kinem - od pierwszego „świadomego” opowiadania, jakie napisałem – „Ki diabeł?” (ten tekst funkcjonuje także pod innymi tytułami) – myślałem obrazami i dialogami. „Ki diabeł?” został najpierw napisany jako scenariusz etiudy filmowej. Drugie opowiadanie, jakie w życiu  napisałem – „Niech żyje wolność”, którym w 2000 roku debiutowałem w „Twórczości” to także najpierw był scenariusz. 

Zadzwoniłem do Barańskiego. Porozmawialiśmy chwilę – wyjaśnił, że także ma świętokrzyskie korzenie (Pińczów) i szuka materiału do filmu, którego akcja rozgrywałaby się w Górach Świętokrzyskich. Wysłałem mu kompletną już wtedy księgę drugą „Księstwa”. Koncepcja cyklu „Księstwo” była już wówczas ukształtowana - zaczynałem robić notatki do księgi trzeciej – późniejszego „Scyzoryka”.  

Wszystkim zacząłem opowiadać, że wybitny polski reżyser Andrzej Barański sfilmuje moją debiutancką książkę, która jeszcze nie została wydana.  Nikt w to chyba zbytnio nie wierzył. Z pewnością nie uwierzyli w to wydawcy - nie chcieli mi wydać debiutanckiej powieści. 

We wrześniu 2002 roku Cezary Fila, początkujący reżyser, szukał tekstu na pracę dyplomową. Pokazałem mu „Wiązankę”, przedostatni rozdział księgi drugiej. Poprosił mnie o napisanie scenariusza. Zrobiłem to w jeden dzień. W grudniu 2002 roku zaczęliśmy przygotowania do filmu. Postanowiliśmy go kręcić w moim pokoju w akademiku „Dwudziestolatka” we Wrocławiu, gdzie mieszkałem. Skompletowaliśmy ekipę – dość profesjonalną. Daliśmy ogłoszenie na drzwiach wrocławskiej PWST, że szukamy aktora w wieku dwudziestukilku lat, który zgodzi się zagrać za darmo. Skontaktował się z nami Robert Wrzosek, który niedawno skończył szkołę i występował gościnnie w Teatrze Polskim we Wrocławiu. On ściągnął do naszego projektu inną zawodową aktorkę – Agatę Skowrońską, z Teatru Polskiego. Dobraliśmy jeszcze jakąś półamatorkę. Ja miałem zagrać w tym filmie siebie. Wydawało mi się, że to  nic trudnego. Nie mogłem spać po nocach, przygotowując się do roli.
Od początku zdjęć były kłopoty. Czarek przywiózł kamerę ze szkoły w Poznaniu. Była ogromna. I szybko się zepsuła. Wtedy pożyczyliśmy kamerę cyfrową, od faceta, który kręcił nią wesela. Mój współlokator z akademika przeniósł się do dziewczyny na czas zdjęć. Niestety, za ścianą mieszkali studenci z Białorusi, w tym jakiś syn białoruskiego ministra. Byłem z nimi zaprzyjaźniony – często zapraszali mnie na swoje spirytusowe imprezy. Nigdy  nie lubiłem alkoholu, ale im nie mogłem odmawiać – nawet podczas kręcenia filmu przyszli na plan i częstowali całą ekipę. Najbardziej zadowolony był właściciel kamery - chyba myślał, że jest na weselu, bo ciągle prosił nas o wódkę.

Na plan filmu zaprosiłem reportera ogólnopolskiego pisma studenckiego „Semestr”. Zrobili fajny wywiad – „Gram siebie, człowieka przegranego”. Za takiego w tym czasie się uważałem – po nieudanej karierze piłkarskiej, przerwanych studiach prawniczych, wątłych literackich początkach  - nadal nikt nie chciał wydać mojej debiutanckiej książki.

Gdy kręciliśmy, a trwało to przez trzy noce z rzędu (ze względu na próby w teatrze aktorzy mieli czas dopiero po 20.00) koło północy rozległo się pukanie do drzwi. Myślałem, że to może mój współlokator, a to była kierowniczka akademika. Straszna pijaczka. Kręciliśmy wtedy długą scenę – to pukanie do drzwi słychać w tle. Wrzosek, grający rolę Suchego, zreflektował się i powiedział:  „To gospodarze”, i dalej graliśmy. Okazało się, że w całym akademiku rozeszła się wiadomość, że na szóstym piętrze kręcony jest film. Wszyscy o tym gadali. I dlatego kierowniczka wpadła na plan. Zalana w trupa. Jak zobaczyła włączoną kamerę i lampy, wpadła w szał. Filmowaliśmy bez jej pozwolenia. A w akademiku nie wolno było kręcić bez pozwolenia rektora uczelni! Kazała się natychmiast wynosić ekipie. Groziła mi wyrzuceniem z akademika. Chciała wyzywać policję. Dopiero butelka wódki, których kilka kupiliśmy na potrzeby filmu (w „Wiązance” leje się ona potokiem) ją udobruchała. 

Film wyszedł dość udany. Krążył po wszystkich akademikach we Wrocławiu. Studenci rozmawiali o nim w tramwajach. Posłałem kopię Barańskiemu – chciałem mu polecić Roberta Wrzoska do „Księstwa”. Ale Barańskiemu film chyba niezbyt się spodobał. Zraziła go właśnie gra Wrzoska. Robert grał wieśniaka, a pochodzi z Dzierżoniowa, bliższe mu blokowiska niż wieś. Na siłę  podrabiał wiejską gwarę.

Jeżeli chodzi o film Barańskiego na postawie mojej prozy, nadal nic się nie działo. Pracowałem nad księgą trzecią – „Scyzorykiem”. W 2003 roku napisałem pierwsze opowiadanie – rozdział do tej książki – „Stacja Mirsk”. Ukazało się drukiem w styczniu 2004 roku w „Twórczości”. Szybko przerobiłem je na scenariusz filmu. Zaproponowałem Robertowi Wrzoskowi, że je nakręcimy, ale znacznie bardziej profesjonalnie, niż „Wiązankę”. Wyliczyliśmy konieczny budżet na 10 tysięcy. Żeby je zarobić, zacząłem robić szemrane interesy. Szło znakomicie – przestałem być zabiedzonym studenciną, a znów żyłem pełnią życia, jak w czasach gry w piłkę nożną. Spokój nie trwał długo – szybko się okazało, że na raka zachorowała moja matka. I w ten oto sposób doszło mi kolejne wyzwanie – nie tylko produkcja filmu, ale i ratowanie chorej na raka matki. Czy sprostałem temu zadaniu? Operacja matki średnio się lekarzom udała, ale przynajmniej matka pożyła jeszcze półtora roku. A film? Zgromadziliśmy parodziesięciosobową grupę profesjonalistów – od aktorów zawodowców, poprzez operatora i dźwiękowców, muzyka, a nawet makijażystki – zostały „wypożyczone” z Teatru Polskiego.

Film ledwie udało mi się skończyć, bo w trakcie zdjęć nastąpiła wtopa – pewien zawistny Ukrainiec chciał mnie wystawić policji. Musiałem zniknąć na jakiś czas (zaszyłem się w Lublinie, który doskonale znałem z czasów studiowania tam na wydziale prawa), a potem – zszedłem do podziemia. Ostatecznie film udało się skończyć rok później, dzięki pomocy koproducenta (księgarnia internetowa) – budżet został przekroczony kilkakrotnie. Robert Wrzosek, któremu powierzyłem reżyserowanie filmu, przywłaszczył sobie wszystkie zasługi odnośnie jego powstania. Taka była moja nagroda za ryzyko i poświęcenie.

Pod koniec roku „Stacja Mirsk” zdobyła nagrodę Grand Prix na IX Krakowskim Festiwalu Filmowym „KRAKFFA”. Niedługo potem pokazało ją Kino Polska. Jednak nie posłałem „Stacji Mirsk” Barańskiemu – nie byłem pewien, czy może mu się spodobać.

W międzyczasie, na początku 2005 roku, ukazała się wreszcie – za moją kasę (a właściwie za forsę pożyczoną od moich kolegów od lewych interesów), moja debiutancka książka „Księstwo. Księga druga”. Barański znał ją wcześniej z poszczególnych opowiadań. Teraz zobaczył koncepcję całości – i postanowił, że z tego zrobi film. Minął jednak rok i nic z tego nie wyniknęło. W tym czasie udało mi się zainteresować moją twórczością Wydawnictwo Zysk i S-ka. Kupili ode mnie prawa do księgi drugiej i gotowej już – księgi trzeciej („Scyzoryka”). Barański bardzo się z tego ucieszył. Ale i zaniepokoił – że ktoś mu zgarnie te publikacje sprzed nosa. Zanim jeszcze książki ukazały się drukiem - na początku stycznia 2006 roku w imieniu Barańskiego zadzwonił do mnie Paweł Rakowski i zaproponował kupno praw do nich. Przyjechałem do Warszawy i podpisałem umowę. Wydawało mi się, że złapałem byka za rogi. Nie sądziłem, że to tylko początek długiej drogi. 

„Księstwo” zostało złożone na development do PISF-u. Gdy dostaliśmy dofinansowanie, Barański zaczął pracę nad scenariuszem. Ja w tym czasie także pisałem i wydawałem intensywnie. W 2006 roku w Zysku wyszły księga druga – „Niech żyje wolność” i księga pierwsza (napisana w pierwszym półroczu 2006, ale wymyślona rok wcześniej) – „Chmurołap”, a ponadto ukazała się antologia „Nasze polskie wigilie w opowiadaniach”, z moim  tekstem „Wigilia pana Wiktora”, fragmentem powstającej właśnie księgi czwartej mojego cyklu „Księstwo”, opowiadającej  o pobycie we Francji. To był bardzo udany rok, zwłaszcza, że założyłem rodzinę.

2007 rok to narodziny mojego syna Wiktora i pobyt na stypendium literackim „Homines Urbani” w Krakowie. I wielka niepewność – „Księstwo”, o którym tyle opowiadałem wszystkim dziennikarzom regionalnych gazet – powstanie czy nie?

Wreszcie w 2008 roku Barański skończył pracę nad scenariuszem. Ciągle jednak nie udawało się pozyskać zainteresowania Telewizji Polskiej do tego projektu.

Nie mogąc się doczekać „Księstwa” myślałem o następnych projektach filmowych. Staram się pisać o tym, co jest mi najlepiej znane. Taką dziedziną jest dla mnie piłka nożna – przez wiele lat grałem w nią na półzawodowo, teraz grywam jeszcze amatorsko. Wymyśliłem scenariusz filmu o tematyce piłkarskiej „Transfer”. Opowiada o młodym chłopaku z prowincji, który idzie w wielki piłkarski świat – o wszystkich brudach, jakie tam na niego czekają. Film miał początkowo produkować Paweł Rakowski. W trakcie pracy nad scenariuszem do projektu dołączył Jacek Raginis, a następnie dziennikarz sportowy RMF-u – Jakub Wasiak. Ostatecznie producentem filmu będzie Studio Filmowe „N” z Łodzi, należące do reżysera Grzegorza Królikiewicza. W marcu 2010 roku złożyliśmy projekt na development – w czerwcu został oceniony przez ekspertów PISF-u jako bardzo dobry. W międzyczasie udało się nam pozyskać do niego sponsorów – między innymi Urząd Miasta Puławy, gdzie rozgrywa się jedna trzecia akcji filmu.

„Transfer” to alternatywna wersja mojego życia – chyba tak by się ze mną stało, jakbym wszystko postawił na piłkę nożną. Tak historia jest w niewielkim stopniu oparta na wątkach piłkarskich z „Chmurołapa”. Chciałbym, żeby mój cykl powieściowy „Księstwo” miał swoją wersję filmową. To w pewnym stopniu już się dzieje. „Transfer” to byłby odpowiednik księgi pierwszej mojego cyklu. Potem byłoby „Księstwo” Barańskiego i „Wiązanka” Cezarego Fili. A następnie – „Stacja Mirsk” Roberta Wrzoska. Co następnie zostanie sfilmowane? Może to będzie kawałek „Scyzoryka”, który także wydaje mi się książką filmową. A może uda się nakręcić film na podstawie czekającej na wydanie księgi czwartej – emigracyjnej? 

Kiedy w sierpniu 2009 roku spotkaliśmy się Barańskim, jego żoną i Piotrem Mareckim podczas festiwalu filmowego w Kazimierzu Dolnym/Janowcu nad Wisłą, Barański był pełen wątpliwości, czy jednak uda się film zrobić. Okazją do spotkania była promocja ksiązki „Barański. Przewodnik Krytyki Politycznej”, wywiad-rzekę, jaki przeprowadził z reżyserem redaktor Marecki. Ostatni, 14 rozdział był poświęcony omówieniu mojej twórczości. Bardziej od wielu miłych słów, które padło w tej rozmowie, ucieszyła mnie sytuacja, do której doszło po spotkaniu promocyjnym. Wybraliśmy się całą gromadą do jednej z najbardziej snobistycznych restauracji (ale też – o dziwo – piekarni) w Kazimierzu Dolnym. Państwo Barańscy przyjaźnią się z szefową tej jadłodajni. Z tą kobietą wiązały się moje przykre wspomnienia. Kilka lat wcześniej, w 2005 roku, sprzedawałem z chodnika obok jej przybytku kulinarnego, moją debiutancką książkę „Księstwo. Księga druga”. Wielokrotnie namawiałem tę kobietę (przypominającą żonę Ala Bundy ze „Świata według Bundych”) żeby kupiła ode mnie książkę. Nie kupiła, kazała mi poszukać lepszego zajęcia. Na przykład u niej w piekarni. Jej pracownicy też się ze mnie naśmiewali. Tymczasem przychodzę do niej na obiad z jej honorowymi gośćmi. Wlepiła we mnie kołtunerskie gały. Nie mogła w to uwierzyć, że z chodnika w ciągu parę lat awansowałem na literacko-filmowe salony. Przypomniała mi się wtedy anegdotka o Janie Himilsbachu. Siedział pijany w restauracji hotelu Victoria w Warszawie. Właściwie – spał na stoliku. Podeszłą do niego kelnerka i mówi, żeby go stąd wyprowadzić. Wtedy jeden z jego znajomych obruszył się i mówi: „Ależ proszę pani, to wybitny polski aktor!” Na co budzi się Himilsbach i mówi; „A widzisz kurwo?!”

W październiku 2009 roku była decyzja z PISF-u, że dostajemy dofinansowanie.  Ale okazało się, że za wcześnie jeszcze na radość – Telewizja Polska popadła w tarapaty finansowe i nie dorzuciła obiecanego w liście intencyjnym miliona złotych. Zwróciliśmy się o wsparcie do powstającego właśnie Świętokrzyskiego Funduszu Filmowego. Wydawało się, że „Księstwo” będzie świetnym projektem na początek ich działalności – ja z kieleckiego, Barański z kieleckiego, akcja filmu rozgrywa się w Górach Świętokrzyskich. Nic z tego. Okazało się, że zdaniem filmowców spod Świętego Krzyża film pokazuje świętokrzyskie jako enklawę zapyziałości i alkoholizmu. W odpowiedzi chciałem zaprosić działaczy filmowych pod sklep do mojej rodzinnej wsi, gdzie pijani chłopi pełnią całodobowe dyżury od 6.00 do 22.00. Nie przyjechali. Chcieliby pokazać piękno Gór Świętokrzyskich z lotu ptaka. Na przykład połyskujący niklem i stalą wieżowiec na Łysej Górze. Woleli dofinansować nieźle sobie radzący serial „Ojciec Mateusz”, kalkę z włoskiej produkcji.

Na domiar 13 czerwca 2010 roku zmarł producent Paweł Rakowski. Niedługo później otrzymaliśmy informację, że PISF wsparł „Księstwo” dodatkową kwotą i że możemy ruszać z produkcją.

Barański od dawna miał wszystko przygotowane. Już w ubiegłym roku jeździł do mojej rodzinnej wsi na dokumentacje. Przyjechał do mnie do domu. Mieszka tam tylko mój ojciec, który wbrew temu, co napisałem w książkach, żyje i miewa się bardzo dobrze. Z tym bardzo dobrze – to chyba lekka przesada. Bardzo dobrze, jak na alkoholika. Jak na podwórko zarośnięte trawą i pokrzywami zajechał Barański swoim samochodem na warszawskich blachach, mój ojciec właśnie spał w pokrzywach po libacji. Nie wstawał, bo bał się, że to może jakiś komornik. Był czas, że za różne niezapłacone grzywny i mandaty, bilety kredytowe, poszukiwało mnie ich całe stado. Na szczęście – dzięki kasie za film „Księstwo” w większości udało mi się pospłacać swoje długi. O tym, że to był Barański, ojciec dowiedział się godzinę później – od sąsiadów. To do nich poszedł Barański, żeby dowiedzieć się, czy na pewno trafił pod właściwy adres. Co zobaczył? Wielką nowoczesną oborę, gdzie nie ma już nawet jednej kury, nie mówiąc już o krowach czy o świniach, o ulubionych koniach ojca. I wielką szopę – wystawę, hangar na kombajny i ciągniki, maszyny rolnicze – tam też już nie ma żadnego sprzętu. Ojciec mieszka w niewielkiej przybudówce przy tej szopie. Miała służyć za pomieszczenie mieszkalne na rok – dwa, na czas budowy nowego domu. Stary kazałem rozebrać do fundamentów – był zbudowany tuż po wojnie i strasznie już zniszczony, groził zawaleniem. Zostały tylko fundamenty. To na nich miał powstać nowy dom. Może ja go kiedyś zbuduję.

Z mojego podwórka Barański pojechał tropić bohaterów i miejsca z moich książek. Udał się pod sklep monopolowy pod kościołem. Stamtąd – do tartaku, gdzie pracowałem przez jeden dzień, skąd szybko zostałem zwolniony. Znalazł jednego z bohaterów książki – Ajmsorrego. Gdy zaczął go o mnie wypytywać, ten uciekł w pole. To zdarzyło się już po raz drugi – kiedyś odwiedził go dziennikarz „Echa Dnia”, Andrzej Nowak, i Ajmsorry także nawiał.

Barański pieczołowicie przygotowuje plan zdjęciowy do filmu „Księstwo”, z dbałością o szczegóły z powieści. Najwięcej problemów przysporzyło  ostatnio ekipie odnalezienie źródełka na górze Szczytniak, w Paśmie Jeleniowskim Gór Świętokrzyskich. Przy tym źródełku-studzience, obramowanej omszałymi głazami rozgrywa się ważna scena w filmie - główny bohater spotyka podczas spaceru po Puszczy Jodłowej swojego kolegę ze wsi, Suchego, który właśnie zbiegł z wojska, z jednostki z Sandomierza. Suchy nawiał z bronią w ręku, z nocnej warty. Nie przepada za głównym bohaterem filmu - boi się, że ten zdradzi jego miejsce pobytu. Zastanawia się poważnie, czy by go nie zabić. To autentyczna historia, jak przytrafiła mi się przed laty. Barański wysłał najpierw ekipę scenografów, ale nie znaleźli studzienki. Zostali za to pogryzieni przez kleszcze. Niedawno wybrał się na
poszukiwanie źródełka z operatorem filmu, Jackiem Petryckim. Poprosili o
pomoc jednego z mieszkańców mojej wsi Piórków. Zaprowadził ich na Szczytniak - i nic nie znaleźli. Okazało się, że zaczepili niewłaściwą osobę, jedynego obcego w naszej wsi, pana Mroczkowskiego, mieszczucha z pochodzenia. Mieszka u nas, bo jakieś dwadzieścia lat temu wziął sobie za żonę kobietę z Piórkowa.

Kiedy operator z reżyserem wracali ze Szczytniaka, spotkali gajowego,
który potwierdził, ze studzienka jak najbardziej nadal istnieje. Ale już
nie mieli siły, żeby tam wracać. A to miejsce naprawdę szczególne. Górę Szczytniak - w odróżnieniu od  znacznie popularniejszej Łysej Góry (Święty Krzyż) albo Łysicy - mało kto zna. Nieliczni wiedzą, że na jej zboczu znajduje się drugie, mniej
znane gołoborze - podobne, nieco mniejsze od tego ze Świętego Krzyża,
eksponowanego na większości widokówek. Kiedyś na Szczytniaku była niewielka wieś, w zasadzie - kilka chałup. Wszyscy po kolei wymierali.  Ostatni mieszkaniec powiesił się chyba z rok temu. Zostały zrujnowane zabudowania, które szybko anektuje puszcza. Często ukrywają się tutaj  różni zbiegowie, złoczyńcy.

Źródełko ma podobno moc magiczną, związanych jest z nim wiele lokalnych legend.

Podczas II wojny światowej stał tutaj radziecko-niemiecki front. Żołnierze obu armii pili solidarnie (w ramach przerwy od strzelaniny) z tego źródełka, bo w pobliżu nie było innego. Podobno przy tym wodopoju wymieniali się papierosami - eleganckie niemieckie papierosy za ruską machorkę. Chyba ja sam będę musiał się tam wybrać i wskazać miejsce.

Niedawno zadzwonił do mnie Barański – wielce przejęty. Chodziło o scenę zbiorowego uśpienia przez weterynarza kilkudziesięciu wioskowych kundli – z racji szerzenia się wścieklizny. I potem – zbiorowego spalenia na stosie. Reżyser konsultował tę scenę z weterynarzem i ten powiedział, że w takiej sytuacji są inne procedury – psy się usypia, ale nie spala, tylko gdzieś wywozi. Co mam na swoją obronę? Na szczęście mam – fakt medialny z 2001 roku, była to głośna sprawa. Pisały o tym wszystkie gazety, mówiły telewizje. Jak na tej podstawie napisałem opowiadanie „Wściekłe psy”, wysłałem Karolowi Maliszewskiemu, który był wówczas moim mentorem (obok Henryka Berezy, Bohdana Zadury, Mariana Pilota, Grzegorza Musiała). Maliszewski też napisał opowiadanie na ten temat – uznał, że swoje wyrzuca, bo moje jest lepsze. I że już nic nie jest mnie stanie nauczyć. Napisał mi też wtedy, że Gombrowiczem na pewno nie będę, ale do Marka Hłaski blisko. „Świętokrzyski Hłasko – pomyślałem – dobre i to”. 
Stanęło na tym, że jednak film pokaże całą historię zgodnie z moją wizją – ta eksterminacja psów była wyjątkiem od reguły.

Jak reagują na przygotowania do filmu ludzie z mojej wsi? Chciałem o to zapytać mojego ojca, który aktywnie uczestniczy w życiu Piórkowa – ma stałe miejsce na ławce pod sklepem monopolowym we wsi. Niedawno kupił sobie komórkę i mogę do niego dzwonić. Pytam o echa przygotowań do filmu, w którym zostanie sportretowana moja rodzinna wieś, a ojciec mówi: „Pocałuj mnie w dupę!”

W „Księstwie” miałem zagrać rolę wieśniaka z blokady drogi. Miał mi towarzyszyć redaktor Piotr Marecki, który dużo o Barańskim pisał i w znacznym stopniu udało mu się go przywrócić szerszej świadomości społecznej. My, ostatni wieśniacy w świecie kultury, blokujący drogę – to scena symboliczna. Niestety, Barański chyba nie zaufał naszym umiejętnościom aktorskim. Ostatecznie zagramy w filmie piłkarzy – będziemy trenować na stadionie OKS Opatów, mojego pierwszego klubu. Będziemy mieli za zadanie skontuzjować głównego bohatera. Trochę szkoda, bo rolę piłkarza chciałem sobie zachować do filmu „Transfer”.

Jak reagują na ten film lokalni oficjele? Długo nie wierzyli w ten film. Nie dali na niego ani grosza. Na przykład pani burmistrz Opatowa, gdzie jest parę scen – chodziłem tutaj do liceum, grałem w miejscowym OKS-ie. Jak się dowiedziała o filmie, który może zareklamować jej miasto, chciała się wprosić na plan. Niech przyjdzie, to ją popędzimy, pierwszy zasadzę kopa w jej tłuste dupsko.

Z czego cieszę się najbardziej? Może to małostkowe, ale chyba z tego, że  w „Księstwie” nie zagra aktor Robert Wrzosek, z którym nakręciłem kiedyś „Wiązankę” i „Stację Mirsk”. Bardzo chciał zagrać w tym filmie. Podchodził mnie i reżysera. Już prawie mu się udało – był przymierzany do roli złego policjanta. Ale w ostatniej chwili Barański zmienił koncepcję – nie będzie złego gliny, tylko zła gliniarka.

Przykład „Księstwa” pokazuje, jak trudno zrobić w Polsce film. Nawet tak wybitnemu reżyserowi jak Andrzej Barański. Każdy film to jakby walka o życie. Już mnie nie dziwi tytuł filmu o Jerzym Kawalerowiczu – „Żyłem 17 razy”, który nakręcił siedemnaście filmów.
 

Sklep internetowy
Publikuj z Zyskiem